Jak już wiecie z pierwszej i drugiej części naszej relacji, dotarliśmy do Kioto i udało nam się w ostatniej chwili zwiedzić zamek Nijo. Dopóki nas z niego nie wyrzucili 🙂

Wściekle głodni kierujemy się zatem do pasażu przy naszym pensjonacie i pochłaniamy szybko taiyaki – ciastka w kształcie rybki nadziewane budyniem (całkiem niezłe).

Photo credit: Jean-François Chénier via Visualhunt

Oczywiście takie ciastka mogły tylko połaskotać nasz wygłodniałe żołądki. Rzucamy się więc na takoyaki – ciekawie wyglądające kuleczki, które na wielkiej płycie z zagłębieniami smaży młody Japończyk na straganie. Serwuje z jakimś sosami, majonezem, płatkami bonito, szczypiorem i innymi dodatkami. Wygląda to mniej więcej tak:

Zjadamy z umiarkowanym entuzjazmem (zwłaszcza ja 😊). Później okazuje się, że to kawałki ośmiornicy w cieście. Hmmmm…..

Już trochę mniej głodni ruszamy na wieczorny podbój Kioto. Kierujemy się na południe miasta w stronę dzielnicy Pontocho, która podobno słynie z bujnego życia nocnego i wielu knajp. Rzeczywiście ludzi jest cała masa, knajp też sporo, a w to wszystko wkomponowane są świątynie, które można spotkać, co kilkadziesiąt metrów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszędzie obłędnie pachnie, a my złaknieni jesteśmy prawdziwego japońskiego sushi. Wbrew naszym wcześniejszym wyobrażeniem wcale nie jest tak, że co kilka metrów jest sushi bar. Niestety.

Udaje nam się wreszcie znaleźć obiecująco wyglądający przybytek, w którym na taśmociągu przesuwają się apetycznie wyglądające porcyjki sushi. Tak – na taśmociągu – nie w żadnej tam rzeczce z łódeczkami ozdobionymi storczykami. Ordynarna taśma, na której ustawione są talerzyki. System podobny jak u nas, tj. cena sushi zależy od koloru talerzyka, na którym jest umieszczone.
Sushi masterów nie widać. Kelnerów też nie bardzo. Widać za to ekrany dotykowe nad taśmociągiem i tam można sobie wybrać, co się chce zjeść. Oczywiście jeśli  to coś nie przejeżdża akurat obok nas na taśmociągu. Siadamy przy stole i bierzemy kilka przypadkowo wybranych talerzyków i zamawiamy jeszcze bardziej przypadkowe sushi na monitorku.

Cierpliwie czekamy. Robimy sobie w tym czasie zieloną herbatę typu macha – czyli w postaci proszku, który rozpuszcza się w wodzie. Chwilę nam zajmuje ogarnięcie, w jaki sposób ją zrobić, ale w końcu udaje nam się wydedukować, że wystarczy przycisnąć kubeczek z herbatą do przycisku znajdującego się pod kranikiem. Przycisnąć do przycisku – w sumie logiczne 🙂
Po chwili ktoś z obsługi zwraca nam uwagę, że te talerzyki, które obok nas przejeżdżają, to właśnie zamówione przez nas sushi.

Okazuje się, że jest całkiem niezłe, ale nasze, być może niedostatecznie wykształcone, kubki smakowe nie są w stanie wyczuć jakiejś szalonej różnicy w stosunku do tego, co jadamy w Polsce.
Na pewno jest dużo prościej – królują nigiri z tuńczykiem, łososiem i cała masą innych egzotycznych ryb (np. śledź 😉). California z krewetką w tempurze zdarza się bardzo rzadko.

Totalnie wykończeni ale szczęśliwi i najedzeni wracamy na piechotę jakieś 4 km do naszego pensjonatu.

Po drodze zachodzimy jeszcze do sklepu zrobić jakieś zakupy na śniadanie, co jest nie lada wyzwaniem, bo za Chiny (czy też za Japonię😊) nie wiemy, co jest w opakowaniach. No może poza suszonymi szprotkami, które są w przeźroczystej torebce, ale z niezrozumiałych zupełnie przyczyn nie komponują nam się z wizją śniadania. Spragniony nabiału Waldek sięga po 3 jogurty, które okazują się być 30% śmietaną (tak podejrzewam przynajmniej sądząc po cyferkach na kubeczkach). W końcu kupujemy jakieś banany, chyba jogurty i coś co wygląda na kawę i wracamy do pensjonatu. Czas spać!

Tak kończy się raptem dzień pierwszy … c.d.n. 🙂

Japonia 2017: pierwszy dzień – wrażenia kulinarne 🙂
Tagi:    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *