8:45 po ok. 13 godzinach lotu lądujemy zgodnie z planem na lotnisku NARITA pod Tokio i od razu zaczyna się:

„Ej, zobacz tam!”

„Ale super”

„O, ja”

…i tym podobne.

Jara nas wszystko – napisy w japońskim alfabecie, ludzie, nietypowe oznaczenia.

A najbardziej chyba Japończyk, który przy odprawie celnej wita nas słowami „Dziń Dybry”.

Przy okazji odprawy każdy wjeżdżający do Japonii gaidzin (jap. cudzoziemiec) ma zrobione zdjęcie i pobrane odciski palców. Wszyscy przyjeżdżający są porządnie zaewidencjonowani i skatalogowani. Nie ma miejsca na anonimowość w ponad 120-milionowym tłumie. Na szczęście personel steruje ruchem i kolejka do odprawy jest prawie żadna.

Odbieramy bagaż i ruszamy na pociąg. Kupiliśmy wcześniej vouchery na cudowny japoński wynalazek dla turystów – karty JR Pass, dzięki którym możemy podróżować pociągami po całej Japonii w ciągu najbliższych 2 tygodni. Czas wymienić vouchery na bilety. Czas w kolejce się nie dłuży, bo Japończycy świadomi swojej odmienności kulturowej przygotowali dla obcokrajowców ściągi, żebyśmy przypadkiem na starcie nie popełnili jakiegoś faux pas. Dostajemy więc szczegółowe instrukcje:

  • jak jeść sushi,
  • jak się zachować w domu – przede wszystkim ściągnąć buty i pamiętać, żeby w domowych kapciach nie wchodzić do WC tylko zmienić je na specjalne WC-owe kapcie
  • jak się zachować w onsenie – kąpiel w gorącym basenie
  • jak się korzysta z wanny – koniecznie wcześniej wziąć prysznic i porządnie się wyszorować!
  • jak jeść pałeczkami
  • jakie są podstawowe zwroty grzecznościowe
  • i wiele innych 😊

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy zbliżamy się do okienka okazuje się, że przezorni Japończycy wymyślili też instrukcję obsługi wymiany vouchera na bilet. Żeby uniknąć sytuacji, kiedy klient po podejściu do okienka zaczyna przez kilka minut wygrzebywać dokumenty – prosto i jasno jak najczystszą łopatą dają instrukcję, co trzeba sobie przygotować 😊

Pan dodatkowo przytomnie pyta nas dokąd chcemy teraz jechać z lotniska i od razu rezerwuje nam miejscówki i doradza, gdzie najlepiej się przesiąść (Shinagawa a nie Tokio).

Przed dalszą podróżą „zwiedzamy” jeszcze toalety i tu kolejny zachwyt.

Słynne myjąco-grająco-suszące deski nie rozczarowują, ale sporym zaskoczeniem jest inne udogodnienie, o którym wcześniej nie słyszeliśmy. Kto jest rodzicem, ten zna z autopsji taki oto problem. Jesteś w jakimś miejscu publicznym z małym dzieckiem (małym = trzeba je wozić w wózku) i strasznie musisz do toalety. I wtedy zaczyna się nie lada wyzwanie – w kabinie wózek się nie zmieści, dziecko samo nie ustoi, Ty dziecka bez opieki nie zostawisz. W tym momencie zazwyczaj zaciskasz zęby i pędzisz do domu po drodze zdobywając oznakę złotego pęcherza. Alternatywnie ryzykujesz prosząc o monitorowanie wózka pierwszą wzbudzającą zaufanie osobę. Ja się nigdy nie odważyłam.

Okazuje się, że rozwiązanie tego problemu nie wymaga zastosowania jakieś niesamowicie nowoczesnej technologii rodem z NASA a jedynie odrobiny empatii i pomyślunku. No i trochę plastyku 😊

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tymczasowo porzucamy fantastyczne toalety i ruszamy znaleźć nasz peron.

Trochę się śpieszymy, bo do odjazdu pociągu zostało kilkanaście minut, a że to nasze pierwsze chwile w Japonii, to słabo ogarniamy jeszcze rzeczywistość.

Na całe szczęście, kiedy odnajdujemy właściwy peron, to pociąg wjeżdża na stację. Naczytałam się przed przyjazdem o genialnym system oznaczeń w Japonii i wiem, że dla każdego wagonu oznaczone jest dokładnie miejsce na peronie, na którym trzeba stanąć, żeby drzwi do wagonu otworzyły się idealnie przed Tobą.

W miarę szybko udaje się takie miejsce odnaleźć i bez problemów wsiadamy do pociągu. Ku naszego ogromnego zaskoczeniu, okazuje się jednak, że na jednym z naszych miejsc siedzi sobie Japonka w średnim wieku, która ze stoickim spokojem pałaszuje sobie sushi!

A niby ci Japończycy tacy porządni i przestrzegają przepisów. Lekko zbulwersowali pokazujemy Pani nasze miejscówki, gdzie jest jak byk napisane, że te miejsca są nasze. Pani spokojnie patrzy i kiwa głową. Wyciąga swój bilet a tam napisany jest dokładnie ten sam numer miejsca co u nas. No niezła ta organizacja i porządek japoński. Rodem z naszego PKP. Już chcemy się rozkręcić z naszymi sarkastycznymi komentarzami, kiedy pani zwraca naszą uwagę na numer pociągu. U niej jest inny niż u nas. Okazuje się, że po prostu wsiedliśmy do złego pociągu. Nasz miał przyjechać dopiero kilka minut później. Jakoś nie zaświtało w naszych polskich głowach, że pociągi mogą tak często odjeżdżać ze stacji.

Grzecznie przepraszamy panią, która na szczęście wcale się nie pogniewała, a do akcji włącza się na oko trzydzietoparoletni businessman, który tłumaczy nam, że zawsze trzeba sprawdzać nazwę i numer pociągu, który również wyświetlany jest na peronie. Po chwili dołącza do nas konduktor, który spokojnie informuje, że wystarczy wysiąść na następnej stacji, cierpliwie odczekać te parę minut i nasz pociąg przyjedzie. Dziękujemy im wszystkim i wkrótce ewakuujemy się z pociągu, przesiadamy się na właściwy i bez dalszych perturbacji docieramy do Kioto. Po drodze wyjaśnia się przy okazji czym były kosmiczne błyszczące prostokąty, które widzieliśmy lecąc samolotem.

To były po prostu pola ryżowe 😊

c.d.n.

Japonia 2017: pierwszy dzień – pierwsze wrażenia
Tagi:    

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *