Etap III

Kota Kinabalu dzień 2014/01/21 wieczorem

Nie wiadomo dlaczego jako kolejny etap naszej podróży zaplanowaliśmy akurat Kota Kinabalu. Może dlatego, że wszystko wskazywało, że będzie to najbardziej egzotyczny etap naszej podróży, a może z powodu, że było to najbardziej na wschód (i najdalej od domu) wysunięte miejsce naszej podróży (muszę kiedyś zmierzyć, czy aby Jakarta nie była deczko dalej). Na zbliżonej długości geograficznej, na której leży Kota Kinabalu przebiega wschodnia granica Chin i zachodnia Filipin. Do Kota Kinabalu przylatujemy o 19:05, transfer taksówką z lotniska do hostelu. Tym razem nocujemy w zarezerwowanym dużo wcześniej hostelu Lavender Lodge. Czas też wyjaśnić dlaczego ta podróż przekonała mnie do hosteli. Jak wiadomo w hostelach można trafić na pokoje 6, a nawet 8-osobowe. Naszej 4-osobowej ekspedycji jak dotąd udawało się „upolować” pokoje 4-osobowe, tak więc nikt obcy nam się nie kręcił. A że wspólna łazienka na korytarzu … cóż to dla nas podróżników. Tak czy siak 21 stycznia 2016 wieczorem instalujemy się w hostelu i zasypiamy.

Kota Kinabalu to ciągle jeszcze Malezja. Miasto znajduje się w północno-wschodniej części wyspy Borneo, której 74% należy do Indonezji, 25% do Malezji i 1% do leżącego na ropie naftowej Brunei, maleńkiego państewka zarządzanego przez bajecznie bogatego sułtana (jego majątek szacuje się na 40 mld dolarów), gdzie nie istnieje podatek dochodowy, zadłużenie zagraniczne wynosi 0% PKB. A wszystko to bez odrobiny demokracji….  Ale wróćmy do Malezji i Kota Kinabalu. Miasto do 1968r nazywało się Jesselton. Jeszcze w 1961 r wyglądało tak:

Obecnie to nowoczesne miasto, które zamieszkuje ponad 600.000 mieszkańców (zwracam uwagę na widoczną w oddali górę, trochę na jej temat później).

Kota Kinabalu dzień 2014/01/22

Podobnie jak Kuala Lumpur również Kota Kinabalu eksplorujemy „na spontanie” Na szczęście bardzo pomocna okazała się właścicielka wspomnianego na początku hostelu Lavender Lodge, która wskazała nam interesujące kierunki zwiedzania. Pierwszego dnia pośredniczy w zorganizowaniu samochodu z kierowcą, który za +/- równowartość 100 zł od łebka = 400 zł za naszą grupę zabiera nas na całodniową wycieczkę po bliższych i dalszych okolicach Kota Kinabalu. Okazuje się, że w odległości niewiele ponad 50 km od leżącego nad morzem Kota Kinabalu znajduje się góra wysokości 4095 m (na nią zwracałem uwagę na zdjęciu), niesamowite przewyższenie na odcinku 50 km. Podobno góra jest dość łatwa do zdobycia, jednakże przewodnicy prowadzą „ceprów” na jej szczyt przez 2 dni ze względu na nocleg i adaptację do wysokości. Są jednak zboczeńcy (również wśród kobiet), którzy na tą górę ot tak sobie po prostu wbiegają. Najlepsze wyniki współzawodnictwa zapisywane są na tablicy.

Ze względu na trwającą właśnie porę deszczową i zachmurzenie nie dane nam było zobaczyć góry choćby z daleka. Nasz kierowca zawiózł nas do leżącego na wysokości +/- 1000 m Parku Narodowego Kinabalu leżącego nieopodal.

O ile mnie pamięć nie myli pierwszy raz w życiu (pomijając samoloty) znalazłem się na tej wysokości (nigdy nie byłem w Zakopanem, najdalej w tym kierunku w Nowym Targu). Podczas przejażdżki siedziałem obok kierowcy TYLE ŻE po jego lewej stronie (na marginesie – we wszystkich miastach na trasie naszej podróży obowiązywał ruch lewostronny) i nie czułem się zbyt komfortowo siedząc po lewej i nie mając przed sobą kierownicy, którą nie wiadomo dlaczego ma facet po mojej prawej stronie, a tak w ogóle to na pewno zaraz będzie czołówka, bo już za długo wyprzedzamy lewym pasem, a ja nic nie mogę zrobić…. W tych krajach trzeba uważać przechodząc przez ulicę. W krajach o ruchu prawostronnym zazwyczaj spoglądamy w lewo, co nas upewnia, że bezpiecznie możemy dotrzeć przynajmniej do połowy przejścia, a tam sprawdzimy, jak się ma sytuacja po prawej. W ten sposób w Kota Kinabalu maluczko, a nie wlazłem na przejściu dla pieszych pod nadjeżdżający samochód.

Wracając do Parku Narodowego Kinabalu – mieliśmy możliwość  wkroczenia z przewodnikiem na skraj podzwrotnikowej dżungli. Robi wrażenie mnogość i różnorodność roślin i kolorów. Poruszaliśmy się wraz z przewodnikiem w podzwrotnikowym deszczu po utwardzonej na niektórych odcinkach deskami trasie.

Gdzieś w okolicy zakwita największy kwiat na ziemi. Kwitnie przez tydzień i ma około 1 metra średnicy. Tubylcy bardzo chętnie (za „drobną” opłatą) zaprowadzą w to miejsce.

Kota Kinabalu dzień 2014/01/23

Tego dnia nadal na spontanie i nadal dzięki wskazówkom właścicielki hostelu Lavender Lodge jedziemy w miejsce, gdzie zobaczyć można jak żyli mieszkańcy Borneo przed wielu laty, a zdarzało się że byli wśród nich ludożercy. Oczywiście to typowa i pod turystów ściema w wykonaniu zapewne dorabiających sobie w ten sposób miejscowych studentów.

Kota Kinabalu dzień 2014/01/24

Korzystając z podpowiedzi i pomocy właścicielki Hostelu Lavender Lodge (która własnym samochodem zawiozła nas i po kilku godzinach odebrała z tego miejsca). Znajduje się tu jedno z ulubionych przez Chińczyków miejsce wypoczynku. Nas najbardziej zainteresowała możliwość zobaczenia tu orangutanów żyjących w warunkach zbliżonych do ich naturalnego środowiska. Po krótkich formalnościach (nasz przewodnik i bez nas poszedł by w znane sobie miejsce by dokarmić orangutany, tym razem za drobną opłatą zabrał nas ze sobą) Po dotarciu na miejsce krzyknął cos w kierunku lasu. Po chwili usłyszeliśmy szelest gałęzi, a za chwilę w naszej bezpośredniej bliskości pojawiły się dwa orangutany (najwyraźniej zaprzyjaźnione z naszym przewodnikiem). Według niego to młodzi (najwyżej 2 lata) przedstawiciele tego gatunku. Co działo się dalej, najlepiej opowiedzą zdjęcia.

Czekając na właścicielkę hostelu (która miała nas odebrać samochodem) udaliśmy się na plażę, gdzie swoim zwyczajem (zawsze muszę się wykąpać, lub choćby stopę zanurzyć, w egzotycznych wodach) tym razem wykąpałem się w wodach Morza Południowochińskiego. Na zdjęciu poniżej (nie moim, autor nieznany) opisywane miejsce. Zabudowania po prawej to miejsce wypoczynku bogatych Chińczyków, na wprost miejsce, gdzie oglądaliśmy orangutany.

Przespacerowałem się trochę po plaży i napotkałem takie coś (było tego sporo). To miejsce zamieszkania jakiegoś kraba, który drąży kanaliki, a zbędny materiał wynosi na zewnątrz.

2014/01/25 – Zgodnie z planem i posiadanymi rezerwacjami lotniczymi przemieszczamy się do Jakarty.

c.d.n.

Tekst: Tomek Bryk

Zdjęcia: Tomek Bryk

3 rzeczy które musisz zrobić po 50-ce: 1. polecieć do Azji. Część 3: przygody w Kota Kinabalu
Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *